Zagwozdka na niedzielę – DLC w grach MMO

Generimg

Dzisiaj będzie nieco hejtersko, bo poruszę temat jednej z chorób, które wyniszczają gry. Nie wszystkie one dotyczą gatunku MMO, ale dwie najnowsze radzą sobie u nas „bardzo dobrze”. Mowa tutaj o Early Access oraz DLC. Czas antenowy mam niestety ograniczony, dlatego skoncentrujemy się na tym drugim temacie.

DLC, czyli dodatkowa zawartość do pobrania. Niby tak niewinna definicja, a w rzeczywistości mamy do czynienia z czymś strasznym. Demonizuję i nadto generalizuję? A skądże znowu! Nie wiem bowiem jak Wy, ale gdy ja kupuję towar, chciałbym dostać go w wersji pełnowartościowej. Nie uśmiecha mi się sytuacja, w której nie zdążę odejść od kasy, a już dowiaduję się, że moja bułka jest dostępna w wersji deluxe. I to nie w byle jakiej, bo z ziarnami słonecznika! Szkoda tylko, że nie dało się dodać tych ziaren na początku, tylko wszystko muszę dokupić.

Pewnie wyjdę na cebulę (swoją drogą, bułka z cebulą też jest dobra), że tak bardzo psioczę na twórców gier, którzy chcą na swoim towarze zarobić.  Jak jednak nie irytować się, gdy rozpoczynasz przygodę w takim DC Universe Online, a po 2 miesiącach okazuje się, że powinieneś dokupić kilka DLC. Dlaczego? Zawierają nowe moce, dodatkowe kampanie fabularne i kilka innych łakoci. I to nie tak, że deweloperzy nas do tego zmuszają. Ależ skąd, takie DLC są W PEŁNI OPCJONALNE. Co z tego, że świecą się na kilometr, kuszą niesamowitą zawartością oraz oferują nowe możliwości. Nie muszę ich mieć, przecież wcale nie sprawiają, że w endgame będę miał łatwiej, prawda?


Do czego cały czas zmierzam? Sporo takiej „dodatkowej zawartości do pobrania” można wprowadzić jako zwykły element podstawowej wersji gry. Ewentualnie w formie darmowej aktualizacji.  No tak, ale znowu, twórcy nie zarabiają. Co zatem za problem wydać grę w formie buy-to-play! Według mnie takie rozbijanie produkcji na miliard DLC, które nie są obowiązkowe, ale przypadkowo cholernie przydatne, nie różni się za wiele od item shopu. W takim Black Desert Online nie ma DLC, ale czy nasze wydatki kończą się na kupnie gry? Nie, jak pewnie wszyscy już wiedzą, wypada dokupić pety…

Czym zatem różni się to od DLC, stające się integralną częścią gry? Nie należy daleko szukać, w The Elder Scrolls Online (które jest buy-to-play!) przed One Tamriel trzeba było zaopatrzyć się w  przynajmniej jedną zawartość dodatkową, bez której nie warto było grać. Nie mówiąc już o tym, że wspomniany tytuł ma kilka DLC, które połączone razem nadawałyby się na oddzielny dodatek. Nie, lepiej rozbić wszystko na części i sprzedawać oddzielne – w końcu hajs się musi zgadzać.


I to nie tak, że żal mi pieniędzy i nie chcę wspierać twórców. Osobiście jestem zwolennikiem modelu buy-to-play, a do tego nie mam nic przeciwko pełnoprawnym dodatkom. Wolę wydać te 30 – 40 euro na Morrowinda, Stormblood, czy Legion, wiedząc, że płacę za content. Coś wartościowego, co rzeczywiście ma wpływ na grę i rozwija ją. Nie rozumiem jednak, gdy twórcy wycinają element, który powinien znajdować się w podstawce i wciskają go, jako opcjonalne DLC. Jak tu cieszyć się zabawą, gdy w takim Dungeons and Dragons Online większość elementów trzeba dokupić? Nie można postawić kawy na ławę, tylko bawić się z graczami w kotka i myszkę, udając darmowość?

Rzeczywiście, powyższy tekst brzmi jak pretensje dziecka o to, że mama nie chce mu kupić ulubionej zabawki. Problem jednak w tym, że mama ją nabyła, ale jedynie korpus. Pozostałe części będą dostępne w sklepie co dwa tygodnie, ale niestety nieco drożej. Przy zakupie dwóch otrzymacie głowę gratis!

Zobacz także

20 komentarzy